Nie sposób mówić o historii nie czytając. Oczywiście świadkowie takich czy innych zdarzeń mają wiedzę opartą o ich osobiste doświadczenie i rozmowa z nimi jest także źródłem wiedzy, ale świadkowie przedstawiają wszystko z własnego, często bardzo indywidualnego punktu widzenia. Nie zawsze potrafią dostrzec rzeczy i zdarzenia inne, może i ważniejsze.

Dość szybko zrozumiałem, że istnieje wielka przepaść pomiędzy opowieściami "Ludzi Honoru" (według których MY, jak większość oficerów i arystokratów, byliśmy tymi lepszymi Niemcami, żadne tam Gestapo, SS czy NSDAP) a rzeczywistością, jaka wyłaniała mi się z książek Rolfa Hochhutha (świetne "Soldaten. Nekrolog auf Genf") Theo Weissmüllera (jak choćby biografie Bismarcka czy feldmarszałka Mackensena) czy Güntera Oggera (doskonała biografia Friedricha Flicka "Friedrich Flick der Große"). Te książki są dostępne w bibliotekach czy w księgarniach (szczególnie internetowych), każdy może po nie sięgnąć.

Ale były też inne książki, niemniej ważne, choć może nie odnoszące się wprost do tematu. Za to pełne przeróżnych informacji o tym, co się działo, dlaczego, jak to organizowano...

Poniżej w "galerii" pokazuję kilka takich starodruków (z jednym bardzo specyficznym wyjątkiem), dzięki którym zrozumiałem, że początków II wojny światowej wcale nie należy szukać w latach 20-tych XX wieku i takim, a nie innym kształcie Traktatu Wersalskiego.

To była kwestia nawet nie wychowania, a po prostu PRANIA NIEMIECKICH MÓZGÓW, które rozpoczęło się w 1785 roku, może nawet i wcześniej, jeszcze za Fryderyka I (ojca Fryderyka II, który intensywnie współpracował z carycą Rosji Katarzyną i cesarzową Austrii Marią Teresą nad "sprawiedliwym" podziałem Rzeczypospolitej pomiędzy jej sąsiadów).

Zimny chów według reguły absolutnego posłuszeństwa starszemu rangą i bezwzględnego zaufania do dowódcy i jego rozkazów rozwijane i wzmacniane przez półtora wieku. To musiało kiedyś wybuchnąć, przynieść tragiczny plon...

 

1. Gedanken über...

 

Jest rok 1785. Prusom wcale nie idzie najlepiej. Budżet świeci pustkami a potrzeby są wielkie. Wprawdzie po wojnach z Austrią zagarnęły Śląsk i dzięki temu znacznie zasiliły swój budżet, rozbiory Rzeczypospolitej "w trakcie realizacji" (pierwszy już nawet zrealizowany), ale sytuacja wcale do dobrych nie należy. Prusy rozrosły się. Z maleńkiego księstwa Prus Książęcych stały się w 1701 roku królestwem, które dość szybko "przyłączyło" Brandenburgię, Pomorze (gdzieś od Słupska po wyspy Wolin i Uznam). Powinno być dobrze, ale Fryderyk II wie, że o sile państwa decyduje jego zdolność do obrony (twierdze i ufortyfikowane miasta), gospodarki (zdolność wytworzenia uzbrojenia) i zdolność do utrzymania armii. Czyli pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze! A czasy trudne, wojenne, zatem pewien anonimowy patriota w trudnych "czasach wojennych" (tak napisano na okładce) wzywa Niemców do rozwijania postaw patriotycznych - rozwoju przemysłu, zwiększania zatrudnienia i płacenia podatków. Oraz gwarantowania niższych cen dla armii!

Dziełko niby anonimowe, ale ponoć autorstwa samego króla Fryderyka II. Chyba nie dziwi...

 

2. Biblia oficerska

 

Tak wygląda strona tytułowa "biblii" dla pruskich oficerów artylerii i wojsk inżynieryjnych. Podręcznik wydany w roku 1841 dla szkół oficerskich w Berlinie, Poznaniu i Bydgoszczy.

Archiv (czyli zbiór wiedzy) dla oficerów pruskiego korpusu wojsk artyleryjskich i inżynieryjnych.

Księgę rozpoczyna "wstępniak" patriotyczny Friedrich der Große als Ingenieur - Fryderyk Wielki jako inżynier. Właściwie może się Fryderykowi taki tytuł należał, bo każdy plan budowy tej czy innej twierdzy osobiście studiował, zatwierdzał, po budowach jeździł, doglądał (pańskie oko konia tuczy!!!), kontrolował i karał! karał! karał!

Dlaczego nazywam ten podręcznik oficerską biblią? Gdyż wprowadził dość specyficzną zasadę - nie ma tłumaczenia typu "kawa na ławę". Kandydat na oficera artylerii lub wojsk inżynieryjnych dostawał, właśnie zgodnie z metodologią opracowaną w tym podręczniku, zadanie do wykonania. Mapa typu carte blanche - tylko i wyłącznie ukształtowanie terenu, naturalne przeszkody (wzgórza, rzeki, jeziora i stawy) oraz zadanie. Dla inżyniera - artylerzysty: zaprojektuj umocnienie tego terenu z obsadą x regimentów (w zasadzie batalionów) o łącznej sile tylu to a tylu ludzi i możliwościami obrony (zapasy wody, żywności, prochu, kul, kuchnie itd.) przez co najmniej tyle to dni. Dopiero gdy praca dyplomowa była "na ukończeniu", kandydat dowiadywał się, że chodzi o twierdzę taką czy inną, jechał tam ze swoim promotorem i porównywał, czy dobrze wyznaczył strefy zagrożenia, strefy ostrzału, rozmieszczenie zasadniczych punktów obrony itd...

Kształcenie przez rozwój zdolności projektowych, twórczych przy weryfikacji wyników w oparciu o sprawdzoną w warunkach bojowych (lub dopracowaną teoretycznie) fortyfikację. Niegłupie, prawda?

 

3. Srebrnej Górze na pamiątkę

 

W roku 1907, w 100-lecie bitwy o Twierdzę Srebrna Góra (albo, jak twierdzą inni - w roku 1915, w 150 rocznicę rozpoczęcia budowy Twierdzy - spór bez znaczenia, bo były dwa wydania w odstępie tych kilku lat; zatem na jaki egzemplarz kto trafił, taki i rok wydania ma!) lokalni srebrnogórscy "prominenci"- burmistrz R. Felkel oraz "główny nauczyciel" miejscowej szkoły A. Jelitto wydają monograficzną książkę - Historię Miasta i Twierdzy Srebrna Góra.

Trochę wiedzy historycznej, trochę turystycznej i reklam z epoki. Są nawet numery telefonów do różnych firm czy warsztatów albo lokalnych osobistości typu lekarz...

 

4. Fryderyk Wielki. Budowniczy Twierdzy Srebrna Góra

 

Oczywiście to pierwsza stronica tekstu wspomnianej wcześniej wspomnianej "lokalnej" historii miasta i twierdzy Srebrna Góra (tytułowej i reklam nie liczę).

Pamiętajmy o jednym: racje ma ten, kto ma pieniądze. A w Królestwie Prus (nie, nie, to nie jest błąd - cesarska Rzesza nazywała się Cesarstwo Niemiec i Królestwo Prus!!! Takie "dwa w jednym") pieniądze, niemalże na wszystko, szły albo za pośrednictwem Ministra Wojny albo Ministra Spraw Wewnętrznych. Reszta to była biedota...

Warto było się zatem przypodobać najbogatszemu ze wszystkich Ministrowi Wojny, a i Cesarzowi przy okazji (no bo przecież potomek Fryderyka) z nadzieją, że na odnowę linii kolejowej na Twierdzę i do Nowej Rudy sypną, a i samą odbudowę Twierdzy wesprą...

Wsparli. Armia niemalże do połowy I wojny asygnowała dość duże pieniądze na usuwanie największych zniszczeń, jakie spowodowała przez lata wykorzystując obiekty forteczne jako poligon.

 

5. Schlag nach über den Westen

 

Kampania przeciw Zachodowi. Pierwszy rok wojny. Okładka do "zestawu oficerskich map" - nie można dowodzić walką "w ciemno". Taki właśnie zestaw map dostawał każdy niemiecki oficer - oczywiście dostosowany geograficznie do teatru działań wojennych, na którym miał się znaleźć. Przyznaję, że dopiero po powrocie z Niemiec zaczęło mnie zastanawiać, skąd Dziadek brał takie zeszyty? Bo pokazywał mi na nich poszczególne etapy kampanii, od wydanego w 1938 roku zeszytu nr 1 (zajęcie Austrii) przez zeszyty 4-6 (kampania przeciw Polsce, też z 1938 roku), po zeszyty dotyczące kampanii przeciw ZSRR czy wydane, już w 1944 roku, zeszyty nr 18 i 19, prezentujące obronę Dolnego Śląska wraz z obszarem czeskich Sudetów, aż po granicę Bawarii... Znalazłem w jego domu w Świdrze (koło Otwocka) jedynie ten... Gdzie się podziała reszta, pojęcia nie mam.

 

Zeszyt nr 8 dotyczy kampanii norweskiej, która miała się rozpocząć w październiku 1939 roku. Dokładnie w 41 tygodniu. Atak. Na Oslo na południu i Tromso na północy jednocześnie. Potem strzałki celów przesuwają się zgodnie z założeniami ataku: co zostanie zajęte w tygodniu 42, co w 43... W 44 tygodniu Grupa Uderzeniowa "Nord" atakująca Tromso i Narvik oraz wolno prąca na południe miała zająć Bodo i Rognan. Gdzieś na południe od tych miast miała się spotkać z głównym zespołem uderzeniowym generała Falkenhorsta.

Same mapy wykonane przez Instytut kartograficzny w Lipsku są datowane na rok 1938. Czyli nie tylko, że już wtedy wojna była przesądzona, ale były znane jej szczegóły!

Z pamięci jedynie mogę podać nieco z treści zeszytów 4, 5 i 6. Atak na Polskę - w 34 tygodniu 1939 roku (tak po 20 sierpnia). Czas na rozbicie Polski - 3 tygodnie! Czyli gdzieś po połowie września koniec walk, pozostawienie zdobytego terytorium Polski siłom policji i SS, a Wehrmacht - na wagony czy statki. Pod duńską granicę. Dwa tygodnie na uzupełnienie kadrowo-sprzętowe, zmianę map, zapoznanie się oficerów z "nowymi sąsiadami", uzgodnienie współdziałania...

Dlaczego coś poszło nie tak? No cóż, negocjacje ze Stalinem nieco się przeciągnęły. Ale ten IV w rzeczywistości rozbiór Polski dawał Hitlerowi pewność, że może wszystko. Może chcieć i dostanie!

A poza tym Polska broniła się nie 3 tygodnie a prawie 5. Nie chciała skapitulować bez walki. A mieli ją do tego przekonać Francuzi z Anglikami i Stalinem do spółki.Tyle, że Anglia z Francją udzieliły Polsce gwarancji pomocy, więc nie mogły się wycofać i przejść na stronę Hitlera, Stalin wolał się dogadać i dostać całkiem duży kawałek z polskiego tortu...

Armia niemiecka górowała nad Polakami uzbrojeniem, ale nie odwagą i zaciętością. Przewaga morale była po stronie polskiej. I za złamanie tego morale przyszło Niemcom zapłacić cenę wyższą, niż planowali. Tak dużą, że kampanię norweską trzeba było odsunąć do kwietnia. Bo zimą nawet i najlepsza armia w Norwegii nie ma szans na szybkie zwycięstwo - utkwi w śniegach i lodach, ludzie będą zamarzać a sprzęt odmówi posłuszeństwa. Ciekawi, że przy takim podejściu do kampanii norweskiej identycznie o Rosji nie myślano, prawda? Na szczęście dla całego świata Hitler był pewien, że wigilię 1941 spędzi na Kremlu i walk zimowych z Armią Czerwoną nie przewidywał. Bo ta armia miała już nie istnieć...