FESTUNG SILBERBERG.

TWIERDZA SREBRNA GÓRA.

 

Należę do szczęśliwców, którzy mają "miejsce dla ich serca szczególne". Jednym z nich, tych dla mnie najważniejszych, jest Festung Silberberg, Twierdza Srebrna Góra.

Pierwszy raz zostałem wprowadzony w jej ruiny przez Dziadka w 1967 roku, dawne czasy...

Kilka lat później mój tato, na zlecenie ZHP (chyba?) elektryfikował forty (choć chciałoby się powiedzieć, że ponownie zakładał zrabowaną po maju 1945 roku instalację elektryczną), zatem wakacje lat 1971-73 także na Twierdzy spędzałem. Czasem pomagając tacie w pracy (coś przynieść, pójść po zakupy, posprzątać), lecz przede wszystkim słuchając Dziadkowych opowieści o przeszłości naszej rodziny. Nie tylko o obronie Twierdzy w 1807!

I miejsce, w którym dane mi było spotykać tych, którzy w sercach nosili pamięć o naszych wspólnych krewnych i poległych. Czasem milczeli, ale czasem odpowiadali na moje pytania.

Le Croissic

 

Maleńkie miasteczko z jachtowym portem, choć to chyba zbyt dużo powiedziane, może raczej niewielką mariną.

To właśnie tu przeniósł swoje laboratorium Henri Becquerel. I tu zmarł...

Getynga. Göttingen.

 

Jedyne chyba miejsce, w którym pozostała "pamięć o wojnie".  Miasto było tak zniszczone i tak wielu jego mieszkańców zginęło w dywanowych nalotach Anglików czy Amerykanów, że gdyby mieli upamiętnić każdą ofiarę, zabrakłoby im miejsca na normalne życie.

Ale to cena wojny, którą wywołali.

Pomnik barona Münchhausena
w Getyndze.

 

(Dolno)Ślązak. Obieżyświat, wagabunda, awanturnik, podróżnik i naukowiec. Oraz człowiek kochliwy i z tego tytułu niejednokrotnie bohater skandali i, w takiej żył epoce, pojedynków o "honor damy".

Pomnik przetrwał wojnę. Ale nie ma w pobliżu śladu, że tu stały działa obrony przeciwlotniczej. Gdzieś dosłownie w promieniu kilkunastu kroków zginął Björn, mój pradziadek. A krótko po nim - jego wnukowie.

CHEŁMIEC

 

Przyznaję, że nie znoszę wielkich miast - hałasu, wiecznego pędu "gdzieś lub po coś", z tabunami ludzi gdziekolwiek człowiek nie spojrzy. Centra miast to nie moja bajka. Kilka razy zmieniałem adres, aż trafiłem jak trzeba. Mieszkam nieopodal Chełmca. Wychodzę z domu i rozstaję się z cywilizacją - wędruję wraz z psem po leżących u podnóży tej góry lasach albo łąkach.

Kiedy piszę te słowa, jest na nich pół metra śniegu, zima w pełni, zatem i łazikowanie krótsze. Zima to dobra pora roku, aby wyobrazić sobie te okolice z czasów pradawnych, tak jakieś dwa, trzy stulecia przed Chrystusem. To była święta góra Celtów, na której rozpalano ognie ku czci zimowego przesilenia słonecznego. Obyczaj religijny nieco później nazwany Yule lub Weihnachten... Chrześcijaństwo nie mogło tej tradycji wyplenić, zatem postanowiło ją wykorzystać do własnych celów i na ten okres ulokowało święta Bożego Narodzenia.

Chełmiec. Góra Pielgrzymów (z celtyckiego Walbruch, według pierwszych niemieckojęzycznych map - Wallenberg) był wtedy celem pielgrzymek Walończyków, poszukiwaczy rud, którzy odkryli "magicznie uzdrawiające" ciepłe wody wypływające z niego i okolicznych wzgórz.

 Ileż ciekawostek mógłby Chełmiec opowiedzieć...

 

Chełmiec. Właśnie to zdjęcie wybrałem na tylną okładkę książki - przedstawia widok ze wzgórza ciągnącego się nad wałbrzyskimi ulicami Ratuszową i Piasta. Lasy, łąki, a pomiędzy nimi niezwykle wygodne dróżki do spacerów lub dłuższych wędrówek. Mówiąc szczerze, mogę przejść kilkanaście kilometrów nie oddalając się od domu na więcej niż pół godziny marszu szybszym krokiem. No może godzinę...

Nie muszę myśleć, co jest pod moimi stopami. Stare mapy, z lat 30-tych ubiegłego wieku nie kłamią. Gdzieś tu powinny być stare kopalnie. Kilka sztolni poziomo wrzynających się w sam Chełmiec i przylegające doń wzgórza o wdzięcznych nazwach Sandberg (Góra Piaskowa), Finsterbrunnethal (Kotlina Ciemnych Źródeł), Wurxelberg (wiem jedynie, że kiedyś, dawno temu, stała tu cegielnia Joachima Wurxela, stąd Góra Wurxela, ale cóż znaczy samo nazwisko? Może ktoś wspomoże...).

Te sztolnie zostały ukryte. Kiedy, przez kogo i dlaczego? Nie wiem, ale z pewnością przed 1945 rokiem. Doskonale ukryte, ba, zamaskowane perfekcyjnie.Chodzę po tych górkach i czuję, że akurat są gdzieś tam pod ziemią. Albo wiem, gdyż widzę rzeczy, których akurat w takim miejscu być nie powinno.

Tyle, że nie myślę odkopywać, wdzierać się w te stare podziemia. Może coś bym tam znalazł cennego, może nie, ale z pewnością ściągnąłbym w te zaciszne uroczyska tłum "spragnionych przygody i bogactwa". Oni przynieśliby zniszczenie. Ciszy i przyrodzie. I mieszkającym w pobliżu ludziom.

A jakie to przyjemne - iść dróżkami, słuchać śpiewu ptaków, czasem popatrzeć na pasącą się sarenkę. Wymienić z kimś obdarzone uśmiechem "Dzień dobry" i poplotkować, cóż tam akurat nasze psiska nowego wymyśliły.

Dopasowałem się do otaczającego mnie krajobrazu, przyrody i ludzi. Spokój, uśmiech, cisza, natura.

 

Po co to niszczyć?

 

JEZIORO AKKAJAURE I GÓRA AKKA

 

Myślę, że kiedyś tam dotrę. Nie po to, aby szukać "śladów przodków" - to niemożliwe. Osada była ponoć tuż nad brzegiem jeziora, a w latach 50-tych XX wieku na jeziorze wybudowano zaporę i poziom wody poszedł w górę tylko o jakieś 50 metrów. Cokolwiek było, leży dziś głęboko pod wodą. Ale chciałbym stanąć w miejscu, z którego moi przodkowie wyszli na Śląsk. Uśmiechnąć się do Lapończyków, ludzi, którzy są tam "od zawsze" i, być może zdrowie na to pozwoli, wejść na Górę Akka.

Po co? Sven o tym marzył. Jego syn Snaer wszedł. Po co? Lapończycy też tego nie wiedzą, po co. Wszedł, bo... chciał wejść! A ja wiem, że jeśli mi się to uda, to z pewnością przysiądę na kamieniu, na którym siedział mój przodek nieco ponad tysiąc lat wcześniej. Nie sądzicie, że warto?